Około godziny siódmej rano, przygotowałem się do wyjazdu w teren. Taka praca. Do plecaka spakowałem aparaty, obiektywy, dyktafon, kamerę, sprawdziłem stan naładowania zapasowych baterii. Ktokolwiek pracował w mediach, jako foto, ten wie, że soboty zawsze są najdłuższe. Zazwyczaj trzeba objechać kilka miejsc, kilka imprez, zrobić zdjęcie, film, nagrać krótki wywiad z organizatorem, złapać kogoś na głosówkę i jechać w następne miejsce. Zdarzały się soboty, które kończyły się w niedzielę. TA sobota miała się zakończyć w niedzielę, ale za tydzień.
Nie wielu ludzi mediów to powie, ale wszystkie liczące się tytuły czekają na „jedynkę”. Najlepiej taką, którą wyprzedzi się konkurencję i dzięki temu, wydawca zgarnie wszystkie laury. Gorącymi „jedynkami”, takimi „z ostatniej chwili” są wypadki, katastrofy, powodzie, wybuchy, ataki terrorystyczne transmitowane na żywo, słowem: całe zło tego świata.
„Jedynkami” są także duże uroczystości państwowe, uroczystości religijne, spotkania o charakterze międzynarodowym, największe wydarzenia aren sportowych czy sal koncertowych. Początek kwietnia w polskim kalendarzu to przede wszystkim uroczystości Katyńskie. Po roku 1989 sprawa Katynia, sprawa budowy polskiego cmentarza w Katyniu, w Miednoje, stała się jedną z najważniejszych dla Wolnej Polski.
„Jedynkami” były wizyty najważniejszych osób w Państwie, w Katyniu i w Miednoje.
Dwa miesiące po objęciu stanowiska szefa polskiego rządu, 26 listopada 1989 roku, Tadeusz Mazowiecki złożył kwiaty przy Dołach Śmierci. Wtedy Świat, przynajmniej oficjalnie, jeszcze nie wiedział, że to nie niemieckie wojska, a sowieckie, dokonały rozstrzelania polskich oficerów, przedstawicieli polskiej elity.
13 kwietnia 1990 roku, a więc w dzień moich urodzin, rosyjska agencja prasowa TASS oficjalnie poinformowała o tym, że za zbrodnię popełnioną w Katyniu, w Miednoje, w Lesie Katyńskim, odpowiada Związek Radziecki. To Michaił Gorabaczow, twórca pieriestrojki, przyznał, że winnymi zamordowania dwudziestu tysięcy polskich żołnierzy, policjantów, strażników granicznych, harcerzy, urzędników, artystów, strzałem w głowę, byli Sowieci. W oświadczeniu pierwszy sekretarz KC KPZR obwinił autorów zbrodni, Berię i Mierkułowa.
14 kwietnia, na drugi dzień, z wizytą na miejscu zbrodni pojawił się pierwszy prezydent Rzeczpospolitej, generał Wojciech Jaruzelski. W asyście kompanii reprezentacyjnej Armii Czerwonej składał wieniec i oddał hołd pomordowanym Polakom.
Musiało upłynąć wiele lat, zanim kolejny prezydent, pojawił się w tym miejscu, aby oddać hołd i złożyć wieniec w imieniu Ojczyzny i wszystkich Polaków.
Trudno to sobie wyobrazić, ale wizyty prezydentów, premierów, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów polskiego rządu, nie odbywały się co roku. Co roku swoją pielgrzymkę do Lasu Katyńskiego, na cmentarze w Katyniu i w Miednoje odbywają przedstawiciele rodzin Katyńskich.
Dzisiaj polscy politycy tłumaczą się wszechobecną polityką. W latach dziewięćdziesiątych wielokrotnie dyplomaci Polski i Rosji podejmowali próby zorganizowania wspólnej wizyty Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna. Najbardziej zaawansowane rozmowy odbyły się przed obchodami 55 rocznicy popełnionej zbrodni w 1995 roku. Skończyło się na wizycie premiera Józefa Oleksego, któremu towarzyszyły Rodziny Katyńskie. To w trakcie tej wizyty premier Oleksy wmurował kamień węgielny pod Polskie Cmentarze Wojenne w Katyniu i Miednoje.
28 lipca 2000 roku w uroczystości otwarcia Polskiego Cmentarza
Wojennego w Katyniu uczestniczyli Aleksander Kwaśniewski i Jerzy Buzek.
W 2001 roku wieńce w imieniu Polaków złożył Leszek Miller. 7 kwietnia 2010 roku słynną wizytę, bo do dzisiaj owianą wieloma mitami i teoriami spiskowymi, odbył premier Donald Tusk. 7 kwietnia 2010 roku wraz z Donaldem Tuskiem na uroczystościach był obecny Władimir Putin. Wizyta, która ze względu na niespodziewane tragiczne wydarzenie, przeszła do historii. W 2011 roku na uroczystościach hołd oddali prezydenci Polski i Rosji, Bronisław Komorowski z Dmitrijem Miedwiediewem. Bronisław Komorowski jako Marszałek Sejmu odwiedził Katyń w maju 2010 roku.
17 września 2007 roku, w rocznicę napaści Związku Radzieckiego na Polskę, Polski Cmentarz odwiedził prezydent Lech Kaczyński. W mocnych słowach skrytykował politykę prowadzoną przez Rosję, zarzucił jej chęć odbudowy strefy wpływów z czasów Związku Radzieckiego. Zapowiedział, że zamierza oddać hołd pomordowanym w okrągłą, siedemdziesiątą rocznicę zbrodni w Katyniu.
10 kwietnia 2010 roku, Lech Kaczyński, jako najważniejsza osoba w polskiej delegacji, wraz z małżonką Marią, wraz z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim na uchodźstwie, wieloma ministrami, posłami, senatorami, szefami wielu najważniejszych polskich instytucji, obsługą lotu z pilotami i stewardesami, zginął w katastrofie lotniczej, w trakcie podejścia do lądowania, na lotnisku w Smoleńsku.
10 kwietnia 2010 roku, Lech Kaczyński, jako najważniejsza osoba w polskiej delegacji, wraz z małżonką Marią, wraz z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim na uchodźstwie, wieloma ministrami, posłami, senatorami, szefami wielu najważniejszych polskich instytucji, obsługą lotu z pilotami i stewardesami, zginął w katastrofie lotniczej, w trakcie podejścia do lądowania, na lotnisku w Smoleńsku. Swoimi Słowami
Byli tacy, którzy poetycko, w uniesieniu, podkreślali, że polski prezydent dołączył do spoczywających w Katyniu i Miednoje na wieczną wartę.
Od 2005 roku, od kiedy śp. Lech Kaczyński wygrał wyścig do fotela prezydenckiego z Donaldem Tuskiem, wszyscy w Polsce stali się świadkami wielkiej rywalizacji pomiędzy dwoma obozami politycznymi: Prawem i Sprawiedliwością i Platformą Obywatelską. Rozpoczął się powolny podział Polski na naszych i tamtych drugich. W 2005 roku wybory do Sejmu wygrał PIS i stworzył jeden z najdziwniejszych rządów koalicyjnych. To się nie mogło udać i w 2007 roku, po złożeniu wniosku o samorozwiązaniu Sejmu, rozpisane zostały nowe wybory do parlamentu. Platforma wygrała i po raz pierwszy byliśmy świadkami, jak trudno się czasami rządzi, jeżeli dwóch najważniejszych polityków, ma odmienne poglądy i zdania. Należy tutaj oddać, że pomimo różnic, obaj Panowie szanowali swoje urzędy i nie wychodzili poza swoje uprawnienia.
Aż do 2010 roku.
Zbliżająca się okrągła rocznica Zbrodni Katyńskiej elektryzowała wszystkie środowiska polityczne. 7 kwietnia, podczas wizyty na Cmentarzu premierów Polski i Rosji, szeroko komentowanej również i dzisiaj, Donald Tusk spotkał się z Władimirem Putinem. Na 10 kwietnia zaplanowano wizyty prezydentów obu państw.
Ostatnią informacją, jaką usłyszałem tuż przed wyjściem z domu była ta, o trudnościach w lądowaniu, o drobnych problemach prezydenckiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku. To, co przykuło na sekundę moją uwagę, to całkowita zmiana u prowadzących, zazwyczaj wesołych, uśmiechniętych, a około dziewiątej rano z trudem poruszających ustami. Nie mogłem dłużej oglądać. Wyjechałem w teren. Chociaż nic się w terenie nie odbyło. Sam nie wiem, jak dojechałem z Leszna do Borku Wielkopolskiego. Na miejscu wymieniliśmy kilka zdań i wróciłem do siedziby naszej małej redakcji, gdzie zebrali się wszyscy w oczekiwaniu na jakiekolwiek decyzje. Decyzja mogła być tylko jedna. Ktoś musi jechać do Warszawy, a ktoś musi zbierać informacje.
Kiedy wspólnie oglądaliśmy pierwsze ujęcia, pokazane przez obecnego na miejscu Sławomira Wiśniewskiego z TVP, jedni całkiem wyblakli, na policzkach niektórych pojawiły się łzy i zapadła cisza. Cisza, która zatrzymała Polskę na cały tydzień.
Po pierwszym szoku próbowaliśmy ze sobą rozmawiać, jak to Polacy, chcieliśmy rozwiązać katastrofę już teraz, zaraz. Podjąłem decyzję, że do Warszawy pojedziemy z jednym kolegą pociągiem. Nie pytałem nikogo więcej, bo widziałem, w jakim stanie jest cały zespół, a chciałem mieć jakieś materiały.
Po pierwszym szoku próbowaliśmy ze sobą rozmawiać, jak to Polacy, chcieliśmy rozwiązać katastrofę już teraz, zaraz. Podjąłem decyzję, że do Warszawy pojedziemy z jednym kolegą pociągiem. Nie pytałem nikogo więcej, bo widziałem, w jakim stanie jest cały zespół, a chciałem mieć jakieś materiały. Swoimi Słowami
Na Dworcu Centralnym wysiedliśmy około 18 po południu. Na wszystkich telewizorach, gdziekolwiek by nie spojrzeć, na paskach przewijały się nazwiska osób, które zginęły. Po pierwszym chaosie informacyjnym, kiedy w największych stacjach telewizyjnych nie potrafiono się doliczyć, czy było 96 ofiar, czy więcej, bo MSZ zsumował pasażerów z dwóch samolotów, jakie w tym dniu wyleciały na lotnisko w Smoleńsku. Kiedy wyjechaliśmy z Leszna, nie było jeszcze pełnej listy wszystkich ofiar, które zginęły. Takie informacje przychodziły do nas w sms-ach. To nie były czasy smartfonów.
Przed wyjściem z pociągu dostaliśmy tę najważniejszą informację, że nikt nie przeżył katastrofy, nikt nie przeżył wypadku na lotnisku w Smoleńsku. Z Dworca Centralnego na Krakowskie Przedmieście jest około 20 minut spaceru. Nie szukaliśmy autobusów, bo nie miało to żadnego sensu. Warszawa przywitała nas niską temperaturą i wszechobecnymi flagami biało-czerwonymi przybranymi czarnym kirem.
Im bliżej Pałacu Prezydenckiego, tym trudniej było się poruszać. Przybywało ludzi z kwiatami, z flagami, ze zniczami. Przy tej okazji, wielu sprzedawców zniczy, kwiatów, pokazało swoją naturę, skoro znicze nagle podrożały o 300%, sprzedawane z samochodów, rozchodziły się bardzo szybko. Podobnież z kwiatami. Na Krakowskim Przedmieściu wszystko podrożało, herbata, wejście do toalety w restauracji…
Nie liczyliśmy czasu. Wiedzieliśmy, że musimy zdążyć na pociąg do Leszna około północy. Wiedziałem, że wrócę tylko po samochód, po zmiennika mojego współpracownika oraz po ważną akredytację, jaką miałem w domu, a którą zapomniałem. To dzięki akredytacji mogłem się dostać między innymi do wnętrza Pałacu, do miejsc, które są zazwyczaj niedostępne dla osób z ulicy. Wcześniej, nie było to możliwe, pomimo obecności na liście, bo jak nas poinformowało biuro prasowe Pałacu, na podstawie oryginalnych akredytacji, takiego kawałka plastiku wystawianego przez Polską Agencję Prasową, z imieniem i nazwiskiem, nazwą redakcji, wydawnictwa, indywidualnym numerem. Kiedy okazałem w niedzielę rano mój plastik, otrzymałem ten, który zaczął obowiązywać w tym trudnym tygodniu. Obowiązywał w Warszawie w Pałacu, na trasie przewozu ciał Ofiar, w budynkach Sejmu i Senatu, w trakcie uroczystości na Placu Piłsudskiego i w trakcie uroczystości pogrzebowych w Krakowie.
Chociaż wielu z nas żyło tylko na napojach energetycznych i fastfoodach, chcieliśmy wykonać swoje zadanie do końca.
Już w sobotę wieczorem, zauważyłem, że pomimo pozornej jedności narodowej, nie jesteśmy jednością. Pojawiły się osoby oskarżające Tuska i Putina o dokonanie zamachu, pierwsze kłótnie o to, co się wydarzyło. Ja chciałem wykonać swoją pracę jak najlepiej. Chciałem zrobić zdjęcia, porozmawiać z ludźmi. Dzisiaj to moje najgłębsze archiwum. Czasami oglądam gdzieś te zdjęcia, chcąc przypomnieć sobie, jak to wtedy wszystko wyglądało.
W niedzielę poinformowano nas, że około 14-15 na Okęciu wyląduje wojskowy samolot z ciałem Lecha Kaczyńskiego. Otrzymaliśmy mapki, gdzie możemy swobodnie ustawić się z aparatami, gdzie nam stać nie wolno, a gdzie nie wypada, aby nie przeszkadzać konduktowi w podróży z lotniska do Pałacu. Nie mieliśmy informacji, kiedy wraca Pani Maria, a kiedy wrócą pozostałe ofiary. Szczerze mówiąc, informacje bardzo często sobie wzajemnie przeczyły.
Kiedy ludzi rzucali kwiaty na samochód przewożący Lecha Kaczyńskiego, miałem dziwne uczucie „nieobecności”, że to wszystko, co się dookoła mnie dzieje, to jest plan filmowy, a my wszyscy jesteśmy tylko statystami, ale to nie był film. Przez kilka kolejnych dni, wszyscy w Polsce czuli się osieroceni. Nie przypominam sobie, co się działo dookoła wszystkich. Kiedy ludzi rzucali kwiaty na samochód przewożący Lecha Kaczyńskiego, miałem dziwne uczucie „nieobecności”, że to wszystko, co się dookoła mnie dzieje, to jest plan filmowy, a my wszyscy jesteśmy tylko statystami, ale to nie był film. Przez kilka kolejnych dni, wszyscy w Polsce czuli się osieroceni. Nie przypominam sobie, co się działo dookoła wszystkich. Swoimi Słowami
Wróciliśmy w nocy z niedzieli na poniedziałek, z jedenastego na dwunastego kwietnia. Oglądaliśmy TVP, TVN, Polsat. Zauważyłem, że w tych dniach, najwięksi konkurenci medialni potrafili się połączyć w jedno. Współdzielenie się sygnałem, transmisją, informacjami. Jak nie w Polsce. Wydaje mi się, że do 2010 roku, nie byliśmy aż tak bardzo „polscy”, jak to jesteśmy „polscy” dzisiaj.
Do Warszawy wróciliśmy w sobotę wieczorem, zgodnie z rozpiską, jaką otrzymaliśmy od PAP, należało podbić akredytację i „zameldować” się w głównym biurze prasowym. Pamiętam, że jak w niedzielę przyjechało wiele mniejszych, regionalnych mediów, to już odmówiono im wstępu do zamkniętej strefy i na zwyżkę foto.
Z sobotnich uroczystości, 17 kwietnia, najmocniej zapamiętałem Artura Żmijewskiego. Tembr jego głosu, tam na Placu i cisza. Całkowita Cisza. Zazwyczaj ktoś robi zdjęcia, rozmawia, szuka najlepszego miejsca do strzelenia najlepszego ujęcia. Zapadła cisza.
Tuż po uroczystościach w Warszawie musieliśmy od razu wyjechać do Warszawy. Nie wszyscy, ale część z mniejszych mediów dostała od policji przygotowaną dużą przepustkę na deskę rozdzielczą. Ponoć miała ułatwić przejazd, gdyby jakaś strefa została zamknięta dla publiczności. Przydała się. Już było głośno, że część Krakowian nie życzy sobie pochówku Pary Prezydenckiej w Katedrze na Wawelu.
Początkowo rozważaliśmy pożegnanie Pary Prezydenckiej w Warszawie, dla dowiedzieliśmy się, że wylecą oni do Krakowa z samego rana w niedzielę 18 kwietnia. Nie mielibyśmy szans na to, aby zdążyć na główne uroczystości. W Krakowie spóźnialskich dziennikarzy, reporterów, tak jak i w Warszawie, do strefy mediów także nie wpuszczano.
Poza tym im ktoś wcześniej dotarł do Krakowa, tym mógł dostać się w lepsze miejsce, co w mediach ma kolosalne znaczenie. Nie załapaliśmy się do Katedry. Dzisiaj uważam, że dobrze się stało. Nie jestem katolikiem z wyboru, ale do dzisiaj pamiętam „Boże coś Polskę…”. Chociaż nie śpiewałem, to nie było żadnego twardziela, wszyscy mieli łzy w oczach. Znani dziennikarze, znani ludzie mediów, politycy, których dostrzegłem…
Czas, kiedy wszystkie zegary się w Polsce zatrzymały.
Czas, kiedy zabił Dzwon Zygmunta.
Nie pamiętam, jak wróciliśmy do domu. Pamiętam, że przespałem całe dwa dni, dosłownie, całe dwa dni. Żona mnie próbowała obudzić, bo myślała, że już nie wstanę.








Dodaj komentarz