Trójmiasto. Wieść niesie, że nie wszyscy mieszkańcy tej nadmorskiej aglomeracji, lubią tę nazwę, używaną potocznie dla trzech największych miast położonych nad zatokami Pucką i Gdańską. Moim zdaniem, nie słusznie. Położenie Gdyni, Sopotu i Gdańska tworzy jeden zwarty organizm miejski, połączony wspólną Szybką Koleją Miejską (SKM), lub do wyboru Pomorską Koleją Metropolitarną (PKM). Trójmiasto należy do najczęściej obleganych ośrodków turystycznych w Polsce. Szczególnie latem. Wybierając się do Trójmiasta, należy pamiętać, że mimo wszystko, są to trzy niezależne od siebie funkcjonujące organizmy miejskie.
Nie będę marnował czasu na zajmowanie się podziałami administracyjnymi.
I tak w życiu zmarnowałem go bardzo dużo.
Naszą bazą na te kilka dni stała się Gdynia. Dokładnie, Gdynię Orłowo. Wynajęliśmy na kilka dni pokój i rozpoczęliśmy nasze zwiedzanie.
Gdańsk, to miasto Symbol dla naszego regionu. Miasto należące onegdaj do miast Hanzeatyckich, związku miast kupieckich z XIII wieku, zrzeszających niemal wszystkie porty od Renu aż po Zatokę Fińską. Pierwsze wzmianki o Gdańsku sięgają VIII-X wieku. Dzięki swojemu położeniu, Gdańsk zmieniał swoją przynależność narodową. Na przestrzeni tysiąca lat o te ziemie nieustannie trwały boje pomiędzy Polakami a Niemcami. Przez około 150 lat należał także do Zakonu Krzyżackiego.
Częste zmiany „właścicieli” wywarły ogromny wpływ na architekturę miasta. Bogato zdobione kamienice, po IIWŚ odrestaurowane z dbałością o szczegóły, przyciągają tłumy turystów z całego Świata. Zwiedzanie zaczęliśmy od „Bramy Złotej”, dalej wzdłuż ulicy Długiej przechodzącej w Długi Targ, aż po Wyspę Spichrzową. Z uwzględnieniem wszystkich ciekawych punktów po drodze, takich jak „Zielona Brama”, „Żuraw”, Fontannę Neptuna, „Dwór Artusa”, Bazylikę Mariacką i wiele innych zabytków architektury, kultury, techniki.
Z Nabrzeża Motławy popłynęliśmy kanałem portowym na Westerplatte.
Chcielibyśmy zwiedzić dużo więcej, ale jak zwykle czas nas gonił i nie wszędzie daliśmy radę zdążyć. Żałuję, bo nie odwiedziliśmy Muzeum II Wojny Światowej, nie zrobiliśmy sobie zdjęcia przed symboliczną bramą stoczni remontowej…
Wstyd przyznać, ale nie odwiedziliśmy Katedry Oliwskiej, o której zapomniałem. Słynące ze wspaniałych, zabytkowych organów, oraz przepięknego wystroju. Pomimo, że nie jestem katolikiem, to architektura kościelna, ta starsza, zawsze wywołuje u mnie zachwyt i mam wiele uznania dla budowniczych.
Gdynia Orłowo, w której nocowaliśmy, jest niezwykle urokliwa o każdej porze roku. Wydaje się, że Orłowo się trochę zatrzymało. Zatrzymało, nie oznacza, że nie powstają tam nowoczesne centra handlowe. Tak czy nie, nie mogliśmy wybrać lepiej. Od naszej stancji do morza było kilkaset metrów spokojnym spacerem. Wczesnym rankiem i wieczorem spływały kutry rybackie, z których bezpośrednio kupowaliśmy morskie ryby, już wypatroszone przez rybaków. Nie skorzystaliśmy z rejsu, z przyczyn bardzo prozaicznych, koszty.
Najciekawszym miejscem w Orłowie jest Klif. Wysoki na około 40 metrów, jest miejscem gdzie w naturalny sposób spotyka się morze z lądem. Orłowski Klif, to jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można obserwować zjawisko erozji. Co roku Bałtyk zabiera około metr lądu nieustannie podmywając podnóże sztormowymi falami.
Wejście na Klif znajduje się z prawej strony od mola i są to naturalne schody prowadzące na szczyt. Długość całego klifu to w przybliżeniu 650 metrów. Spacer po szczycie, pomiędzy Kępą Redłowską a urwiskiem, to szlak łączący Orłowo z główną plażą w Gdyni. Podziwiając Morze Bałtyckie z lewej strony, ostrożnie stawiając nogi, mijając rzeźbę Ryby, tylko ktoś całkowicie pozbawiony wrażliwości będzie niezadowolony z tej wyprawy. Naszym celem było dotarcie do alei Jana Pawła II i cumującej przy niej Okrętu ORP „Błyskawica”, oraz „Daru Pomorza”. W dniu, w którym byliśmy na nabrzeżu, niedostępny do zwiedzania był „Dar Pomorza”.
Widokówkę z ORP „Błyskawicy”, oraz Muzeum Marynarki Wojennej, znajdziesz pod tym linkiem.
Na samym wstępie napisałem, że Trójmiasto jest jedną, spójna aglomeracją miejską. Orłowo, położone pomiędzy Gdynią a Sopotem jest tego najlepszym dowodem. W więc Sopot. Jedno z najbogatszych miast w Polsce, szczycące się najdłuższym molem nad Morzem Bałtyckim. Od 2005 roku molo nosi imię Jana Pawła II. Serio, rozumiem, że Jan Paweł II był papieżem Polakiem, ale nazywanie wszystkiego jego imieniem, to jest przerost formy nad treścią. Po prostu uważam, że takie obiekty powinny nosić imiona ich twórców, protoplastów, np. dr Jerzego Haffnera, co byłoby bliższe miastu i przybliżało historię samego mola. Jeżeli nie Pan Jerzy, to są bardziej zasłużeni dla Sopotu lokalni działacze, mieszkańcy miasta, ludzie sportu, kultury.
Odcinek plaży pomiędzy molami w Orłowie i w Sopocie to około cztery i pół kilometra. W szczycie wakacyjnym nie jest łatwe pokonanie tego odcinka, chcąc iść nogami w morzu. Wybraliśmy się więc z samego rana, zanim plaże byłyby oblegane przez turystów. O dziwo, nie napotkaliśmy po drodze przeszkód zwanych parawanami, ale i tak, przy podejściu do samego Sopotu, plaże już były pełne. Pozostało odpocząć, wstąpić na deser lodowy, wypić soczek i zakupić bilety.
Człowiek im starszy, tym inaczej pamięta to, co w dzieciństwie robiło wrażenie. Swoimi Słowami
Przede wszystkim klimat Bałtyku, zapamiętany z przed dwudziestu lat, zabija wszechobecna komercja i zatarcie się granicy pomiędzy lokalnymi atrakcjami, gastronomią, a tym, co mogę zjeść w restauracji niedaleko domu.
Tak czy inaczej, dotarliśmy na kraniec mola, gdzie fale morskie kołysały się dookoła, przy okazji kołysząc wszystkim, co się znajdowało na jego powierzchni. W szczególności chodzi o jachty motorowe, mniejsze jachty żaglowe, zacumowane przy „Sopot Marinie”. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć na żywo, jak wygląda katamaran, oraz jachty znane czasami tylko z programów turystycznych w telewizji.
Nie mogłem sobie odpuścić, aby nie pokazać dzieciom najsłynniejszej nadmorskiej promenady, deptaka (Międzyzdroje tego nie lubią), czyli sopockiego Monciaka. Na widok krzywego domku, dziewczyny najpierw się zachwyciły, a potem się rozczarowały, bo krzywy był tylko z zewnątrz. Kierowaliśmy się do stacji kolejowej SKM.
Wieczorem wyszliśmy ostatni raz na spacer, na molo w Orłowie, a następnego dnia, szliśmy już na PKP, aby wrócić do codzienności.
Tak wyglądały te nasze kilka bardzo aktywne dni spędzone nad brzegiem Morza Bałtyckiego. Musieliśmy porzucić ambitne plany rejsu na Hel, oraz zobaczenia kilku innych ciekawych miejsc. Nie ukrywam, że głównie przez finanse. Nasz pobyt w Gdańsku, Gdyni, Sopocie, trwał pięć pełnych dni, plus dwie połówki dnia (nie alkoholu), bo jakoś do Orłowa musieliśmy dojechać. W tym krótkim czasie zwiedziliśmy bardzo wiele, zobaczyliśmy bardzo wiele, ale nie wszystko.
Swoimi Słowami


Dodaj komentarz