Spacer w Chmurach

 Ścieżka w chmurach ponad koronami najwyższych, najstarszych drzew. Przejście po najdłuższej, najwyżej położonej kładce linowej w odległości kilku godzin jazdy od domu, nazwanej SkyBridge721. To dwa dosyć istotne powody, dla których spakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do naszych południowych Sąsiadów. Dolne Morawy (pozwolę sobie używać polskiej nazwy i polskiego słownictwa) od wielu lat kusiły swoimi odważnymi atrakcjami turystycznymi. O ile mnie pamięć nie myli, to właśnie od tej Ścieżki rozpoczęła się era takich budowli, które każdego roku odwiedzają miliony turystów.

 

Wyjazd z południowej Wielkopolski.

Wyjechaliśmy z samego rana, aby nie mieć problemu z zaparkowaniem samochodu na miejscu. Chcieliśmy być jak najwcześniej i zobaczyć jak najwięcej, a jak wiadomo, kiedy są przyjemności, to czas szybko płynie. Podróżowanie samochodem po Polsce nie jest dzisiaj sportem ekstremalnym, jak to bywało przed zbudowaniem sieci dróg ekspresowych. Może być trochę nudno, bo przecież nie widać nic innego jak drogę i innych uczestników rychu drogowego. Dzięki obecności w Unii, dodatkowym atutem jest brak granic, kontroli, a potrzebne są jedynie dowody osobiste.

 

Pomimo tego, warto jest zapoznać się warunkami, na jakich można poruszać się autem po drogach naszego południowego sąsiada. Kiedy w Polsce niezbędnych jest tylko kilka rzeczy, a np. nie ma wymogu posiadania koła zapasowego, tak w Czechach trzeba się zaopatrzyć w zapasowe bezpieczniki, żarówki, etc. I bez tego, jadąc gdzieś dalej, te wszystkie rzeczy jeżdżą z nami, ale warto o tym napisać, jako ciekawostkę.

 

Blisko ojczyzny.

Położona tuż nad granicą z Polską gmina Dolne Morawy, to obszar przede wszystkim nastawiony na obecność turystów. Niemal co chwilę mijaliśmy mniejsze i większe wille oferujące pokoje turystom, hotele, trasy narciarskie, lokale gastronomiczne. Im bliżej do celu, tym więcej.

Pierwszy cel osiągnęliśmy. Nasze auto było trzecie, jakie stało zaparkowane tuż przy bramkach zakazujących wjazdu dalej. Okazało się to błogosławieństwem, kiedy trzeba było wyjechać. Płatny parking okazał się nie tak drogi, jak to się odczuwa w Polsce. Dużo taniej.

Około godziny dziewiątej, w dobrych humorach, pomimo pochmurnego nieba, podeszliśmy do ekspresu linowego, wiozącego nas na szczyt Slamnik. Jeszcze w trakcie podjazdu, widzieliśmy, że chyba nie za dużo zobaczymy, bo faktycznie były to ścieżki w obłokach, a przynajmniej w mocno ograniczającym widoczność, zamgleniu.

 

We mgle.

Brak widoku z góry, pogoda zrekompensowała nam niewielką ilością turystów na szlaku. To się miało zmienić kilka godzin później. SkyBridge łączy ze sobą dwa szczyty: wspomniany Slamnik i Chlum. A pod mostem jest 95 metrów przepaści, z której rozciąga się przepiękna panorama na inne szczyty, doliny, pola i domy. Raj, dla miłośników natury i niewielkiej adrenaliny. Przejście kilkuset metrów zajmuje kilkanaście minut, jeżeli ktoś chce podziwiać krajobraz. Sprinterom wystarczy dosłownie kilka minut. Opuszczając most po drugiej stronie, zaczyna się druga, bardzo ciekawa część wycieczki.

Wychodzimy na Most Czasu. Dla zakochanych w historii, obowiązkowy pieszy szlak turystyczny. Polecam skorzystanie z aplikacji, dzięki której można się dowiedzieć więcej o tym jak to te ziemie przechodziły z rąk do rąk, opisy mieszkańców, przodków tych mieszkańców, i tak po kolei aż do lat współczesnych. Na trasie znajdują się pozostałości umocnień zbudowanych w okresie międzywojennym. Chichot historii spowodował, że nie wypełniły swojego zadania, gdyż Czechosłowacja została „poświęcona” w imię „wyższych celów” przez państwa Zachodu w trakcie konferencji w Monachium. Tak to już jest, że jeżeli jakieś mocarstwa się spotykają w Monachium, obradując o losie kogoś mniejszego, słabszego, to trudno wieszczyć sukces temu ostatniemu.

 

 

Historia wg Czechów.

Most Czasu, czasami pod górę, a czasami z góry, prowadził nas w stronę Ścieżki w Obłokach. Zaczęliśmy zauważać poprawę pogody, co zdecydowanie poprawiło nasze humory. Czas na herbatę, kawę, ciepłą czekoladę i jakieś lokalne przysmaki. Niestety, nie pamiętam co jedliśmy, a nie miewam aż takiej influecerskiej zajawki, aby fotografować potrawy. Smakowało i nie było wcale drogie. Żadnych alkoholi nie próbowałem, więc nie wiem czy lokalne piwo jest lepsze od polskiego. Nie próbowałbym nawet gdybym tam pojechał pociągiem. Zwyczajnie, nie lubię alkoholi.

Spacerkiem, cały czas w dół, udaliśmy się w stronę Ścieżki w Obłokach. Przyznam, że miałem obawy kondycyjne, czy uda mi się pokonać drogę na sam szczyt, ale pomogła mi nie tyle biologia, co fizyka. Okazało się bowiem, że jeżeli mam do pokonania wzniesienie i nie są to schody, a kładka pod górę, to zmęczenie nie wystąpiło w takim stopniu, w jakim się tego spodziewałem. Pozwoliłem sobie na nutkę ekstrawagancji i jeden z poziomów pokonałem tunelem z grubej siatki. Robi wrażenie.

Podczas wspinaczki zafascynowała mnie spora gromada linoskoczków. Spacerowali po szerokich taśmach rozwieszonych równie wysoko, co SkyBridge, czym imponowali wszystkim turystom, jakich już było całkiem sporo. Już przy schodzeniu z Mostu Czasu, pogoda na tyle się „wyprostowała”, że można było w pełni przyjrzeć się otoczeniu ze szczytu obiektu. Zapada w pamięci i lubię wracać do tych chwil.

 

W słońcu.

Pierwszy raz z chmur, lub mgły, jak kto woli, wyłonił się SkyBridge, na którego widok, żona stwierdziła, że nie przejdzie po nim za Chiny Ludowe… Przeszła bez potrzeby angażowania Chin aż dwukrotnie. Drugi raz już z pełną widocznością nie tylko po bokach, ale i w dół.

Wtedy także zakończyła się nasza wycieczka po tym fantastycznym obiekcie.

Musieliśmy trochę liczyć się z kosztami, więc nie skorzystaliśmy ze wszystkich dostępnych atrakcji, jakie było do zaoferowania. Nie zjechaliśmy „kolejką” widoczną na fotografiach i fragmentach filmów, nie mieliśmy rowerów, więc nie zjechaliśmy szaloną ścieżką rowerową, oraz nie zeszliśmy na dół, korzystając ze szlaku, ale zjechaliśmy tym samym ekspresem, który nas podrzucił na sam szczyt. Nie skorzystaliśmy także z szerokiej nartostrady, głownie z powodu braku śniegu i nart, o które trudniej latem. 

Zapraszam na VideoBlog z tej naszej rodzinnej wyprawy.

Krótka Galeria ze Ścieżki w Obłokach.  

O ile dobrze pamiętam, to wyjście ze Ścieżki prowadzi przez sklep z pamiątkami. Przydał się nam kolejny magnes, oraz pomniejsze pamiątki wybrane przez dziewczyny. Swoimi Słowami

 

 Wsiedliśmy do auta i pełni wrażeń, ale i mocno zmęczeni, wróciliśmy do domu.

 

Pewnie ktoś zapyta, ile nasz kosztowała cała wyprawa. Nie umiem dokładnie określić. Przez Internet zakupiliśmy wjazd, wejście na Sky Bridge, na Ścieżkę w obłokach, oraz zjazd. Nasze koszty podniósł zakup biletów na drugie wejście na Sky Bridge, po tym, jak wreszcie Słońce przejęło władzę na nieboskłonie, a chmur było mniej, niż palców u ręki stolarza z wieloletnim doświadczeniem. Czy cena jest adekwatna do oferty? Odpowiedź jest jedna: tak, atrakcje, gastronomia, wysoka jakość usług, przemili ludzie, podglądające nas zwierzęta, wszystko to razem tworzy klimat, do którego zawsze warto wracać.

Wspominałem, że Ścieżka w Obłokach, była pierwszą tego typu atrakcji w ośrodkach górskich. Dzisiaj możemy poszczycić się posiadaniem własnych, efektownych wierz widokowych. Sky Walk w Świeradowie Zdroju, to mocna konkurencja dla swojej starszej siostry z Dolnych Moraw. No i posiada coś, czego nie ma nigdzie indziej: spory, szklany taras. Ponoć wielu z tych najbardziej odważnych turystów, profilaktycznie przed wejściem zmieniało swoje spodnie, na brązowe. W 2024 roku ogłoszono, że w Polsce powstanie podobny obiekt do tego w Czechach, ale ma wisieć wyżej i być o około 300 metrów dłuższy.

Zaczyna się więc rywalizacja o turystów i co tu dużo pisać, jeszcze większe pieniądze z biletów.   

 

Swoimi Słowami

Swoimi Słowami
Każdego dnia pokazuję i piszę swoje życie od nowa
Swoimi Słowami
Swoimi Słowami

Dodaj komentarz

Wyślij

PANO 20220507 133045